web maker
Mobirise

Lidia Dubaj 

de domo Nizioł

Absolwentka 1973
Klasa IV A
Wychowawca p. Franciszek Kurek

Nauczyciel biologii w latach 1978 – 2016

W jakich latach uczęszczała Pani do II LO i gdzie wtedy mieściła się szkoła?
Lidia Dubaj: Do II Liceum uczęszczałam w latach 1969 – 1973, a szkoła mieściła się w tym samym budynku, w którym jest obecnie.
Jak wspomina Pani pierwsze dni w liceum i jakie emocje im towarzyszyły?
Nie pamięta się tego szczegółowo, ale myślę, że można je porównać z emocjami, które towarzyszą dzisiejszym uczniom. Sądzę, że jeśli się przechodzi ze szkoły podstawowej (dzisiaj gimnazjum) do liceum, to ten skok jest odczuwalny. W podstawówce pracowało się dużo mniej, ponieważ jeśli się miało określone zdolności, to można było na nich bazować, a w liceum już naprawdę trzeba pracować i się uczyć. Na pewno wszystkim towarzyszy stres, przeżywa się to bardzo, kiedy człowiek wdraża się do nowego systemu kształcenia, przyzwyczaja do nowych nauczycieli i ich wymagań. Na pewno pierwsza klasa jest trudna dla każdego, tak samo kiedyś i dziś. Poza tym, gdy wy sami po skończeniu liceum pójdziecie na studia, przekonacie się, że znowu pierwszy rok będzie szokiem, bo jest to coś nowego.
Czy idąc do liceum miała już Pani określone cele zawodowe?
I tak, i nie. Na pewno idąc do liceum wiedziałam, że chcę pójść na studia, a moim celem było zostanie Panią Nauczycielką - to było bezdyskusyjne marzenie od najmłodszych lat. Gdy jeszcze chodziłam do szkoły podstawowej, miałam założony dziennik i wyrysowane wszystkie rubryki w zeszycie. Było tak, że ja sobie zasiadałam w domu przed biurkiem i wywoływałam moje koleżanki do odpowiedzi, a potem je oceniałam. Z lat młodzieńczych to pozostało i całe życie dążyłam do tego, żeby zostać nauczycielką. Jest to mój zawód wymarzony, wyśniony i zawsze sobie wyobrażałam, że będę wtedy miała długie pomalowane paznokcie i blond włosy (ani jedno, ani drugie się nie ziściło) <śmiech>. Naprawdę ciężko pracowałam i dążyłam do tego, aby się wszystko spełniło. Pierwszy rok uczyłam w szkole podstawowej w Krasnymstawie, a po roku przeniosłam się do II Liceum w Chełmie. Dostałam propozycję pracy w kuratorium, co mnie bardzo zaskoczyło. Pamiętam słowa: „Proszę pani, ma pani 1000zł poborów więcej od razu” i oczywiście dostałam czas do namysłu. Odpowiedziałam, że całe życie marzyłam o tym, aby być nauczycielem i do pracy za biurkiem nie pójdę. Jeżeli chodzi o przedmiot, to jest to czysty przypadek, sama nie umiem uzasadnić, dlaczego to była biologia. Na pewno mam umysł ścisły, przedmioty humanistyczne nie były dla mnie przyjemnością, lecz obowiązkiem. Historii uczyłam się, bo wychowawcą był historyk, więc nie wypadało inaczej, za to z przyjemnością uczyłam się matematyki i chemii. Dlaczego biologia? Nie wiem, chyba los tak chciał. 
A Pani klasa była zgrana?
Bardzo zgrana. Wówczas były cztery klasy w roczniku, a ja wybrałam ogólną. Może niedobrze, że była to klasa żeńska, natomiast bardzo mile wspominam ten czas spędzony w liceum dlatego, że szkoła tętniła życiem. Organizowane były rajdy piesze, między innymi po Roztoczu, spało się po stodołach. Pamiętam, jak kiedyś spaliśmy w jednej i ktoś krzyknął, że są tu myszy. Co się działo! Bardzo mile wspominam ten czas, a wrażenia były niesamowite. 
Czy utrzymuje Pani kontakt z koleżankami ze swojej klasy z czasów liceum?
Tak, oczywiście, utrzymuję kontakty praktycznie ze wszystkimi koleżankami z klasy. Nawet z tymi, które są gdzieś dalej. Oczywiście nie są one zbyt częste, ale są. Ja jestem taka, że lubię utrzymywać kontakt ze znajomymi, także z koleżankami ze studiów. Miałam nawet zjazd studentów z mojego roku, co bardzo mile wspominam i nie rozumiem, dlaczego niektórzy ludzie nie chcą chodzić na takie imprezy. Do dziś spotykam się z uczniami z pierwszej klasy, której byłam wychowawcą - teraz wszyscy jesteśmy na „ty”. 
Czy pamięta Pani swojego wychowawcę?
Tak, pamiętam - przekochany człowiek, pan profesor Franciszek Kurek, z którym spotykamy się od czasu do czasu. Ma świetną pamięć - proszę sobie wyobrazić, że on pyta o osoby, które były w mojej klasie, a ja jestem zszokowana, że on z imienia i nazwiska wszystkich pamięta. Uczył nas historii, której nie lubiłam, ale ze względu na szacunek do profesora uczyłam się jej.
Czy może nam Pani zdradzić, które zdarzenie z czasów liceum nadal wywołuje u Pani uśmiech?
Ciężko to jednoznacznie określić, bo było wiele miłych sytuacji. Na pewno dobrze pamiętam lekcje języka rosyjskiego, które prowadził pan profesor Kryśko. Baliśmy się ich panicznie, ponieważ co miesiąc była tak zwana „prasówka”, która polegała na tym, że z prasy radzieckiej trzeba było przygotować jakiś artykuł i zaprezentować go w języku rosyjskim. No oczywiście sypały się same dwóje, bo jedynek jeszcze wtedy nie było, mało kto dostawał pozytywną ocenę, ale mimo wszystko bardzo mile wspominamy te „prasówki”. Opowiem może o innej sytuacji. Kiedyś na polskim zostałam wywołana do odpowiedzi z ławki. Nic nie umiałam, ale otworzyłam sobie książkę schowaną za plecami koleżanki. Pani profesor siedziała przy swoim biurku, a ja odpowiadałam, zerkając do „pomocy naukowej”. Po chwili polonistka skierowała do mnie słowa: „proszę zamknąć książkę”, na co odpowiedziałam, że mam zamkniętą. Po jakimś czasie polecenie się powtórzyło, a ja znowu odpowiedziałam tak samo. Podeszła do mnie, aby to sprawdzić, ale szybko zamknęłam podręcznik, a kiedy wróciła do biurka, ponownie go otworzyłam. Odpowiedziałam i dostałam „trzy plus”, ale klasa mało się ze śmiechu nie udusiła. Przyznaję, że byłam bezczelna, ale w takiej sytuacji człowiek ratuje się, jak może.
Który przedmiot przysporzył Pani najwięcej problemów, a który był Pani ulubionym?
Największym problemem, paradoksalnie, w klasie pierwszej była dla mnie chemia. W pierwszym semestrze była wymagana wiedza teoretyczna, która nie sprawiała mi problemu, bo byłam uczennicą pracowitą, natomiast w drugim semestrze przyszły reakcje, z których byłam laikiem, w ogóle nie wiedziałam, co jest na tablicy i z czego wynika. Wiadomo, że gdzieś to musiało mieć podłoże w szkole podstawowej, bo tam uczył mnie chemik, u którego na lekcjach przepisywaliśmy gotowe reakcje z tablicy, a ja nie wiedziałam nawet, co oznacza dwójka we wzorze H2O. Dostałam jedną dwóję, drugą i wtedy moja mamusia zapobiegawczo załatwiła mi „korki”. Może byłam dwa, trzy razy i po prostu wszystko zostało mi wytłumaczone. Później, w klasie drugiej, wręcz uwielbiałam reakcje, przecież chemię zdawałam na maturze! Matematykę uwielbiałam, pozostałe przedmioty ścisłe nie sprawiały mi problemów, a humanistycznych uczyłam się z obowiązku.
Czy nauczyciele, którzy Panią uczyli, wpłynęli w jakiś sposób na kierunek dalszego kształcenia?
Trudne pytanie. Trochę to był przypadek, po prostu zapisałam się na fakultet biologiczny w klasie trzeciej. Później zdecydowałam, że pójdę w kierunku biologii. Chociaż może jednak profesor Tarasiuk, z którym miałam fakultety, wpłynął na to, że wybrałam ten biologiczny, a nie inny.
Czy był ktoś, kto był dla Pani autorytetem albo wzorem do naśladowania?
Młodzież całej szkoły bardzo ceniła panią Halinę Kacprzycką dlatego, że była to nauczycielka, która uczyła chemii i była równocześnie wspaniałą kobietą (muszę ją w końcu odwiedzić). Była wymagającym nauczycielem i każdy wiedział, że musi się nauczyć, ale jednocześnie wszystko było świetnie wytłumaczone. Z drugiej strony, kiedy nie byliśmy przygotowani i poprosiliśmy, żeby danego dnia na przykład nie pytała, to potrafiła nas też zrozumieć. Miała do uczniów szacunek, a my mieliśmy jeszcze większy wobec niej.  
Jak wspomina Pani swoją studniówkę?
Oj, studniówka! Wspominam szalenie mile. Kiedyś odbywały się inaczej niż dzisiaj. Studniówka miała miejsce w szkole, naszą salą była obecna sala numer cztery. Przygotowania do balu trwały prawie miesiąc, a elementy dekoracji robiliśmy własnoręcznie. W naszej sali była konsumpcja, a tańce w sali gimnastycznej. Siedzieliśmy w klasie w grupkach po cztery pary i na jedną taką grupkę mieliśmy jedno dobre winko. Byłam na studniówce waszego pokolenia, w hali. Szalenie ona mi się podoba, bo bawicie się jak my, jest pięknie. Ale nasze stroje były inne - obowiązywała długa granatowa spódnica i biała bluzka - miało być skromnie, bez zbędnych dekoltów czy jaskrawych ubrań. 
Czy współczesne II LO mocno różni się od tego, do którego Pani uczęszczała jako uczennica?
Pewne różnice wynikają z postępu, z kulturowości, z czynników, na które nikt nie ma wpływu. Na pewno wymagania szkoły wobec uczniów były większe. Nauczyciele byli bardzo wymagający, zdarzali się tacy, którzy potrafili postawić dwie czy trzy oceny niedostateczne jednej osobie na tej samej lekcji, co dzisiaj jest nie do pomyślenia. Młodzież dzisiaj ma więcej praw, więc od strony wychowawczej różni się to mocno. Zmieniła się też relacja nauczyciel-uczeń: kiedyś to nauczyciel wymagał od ucznia, a dzisiaj to uczeń wymaga od nauczyciela. 
Czy chciałaby Pani coś jeszcze dodać?
Chciałabym przekazać uczniom pozdrowienia, kocham ich dalej, mimo że już nie pracuję. Zawsze jestem za młodzieżą i gdzieś tam w dyskusjach, w których krytycznie mówi się o młodych ludziach, ja staram się ich bronić. Młodzież dzisiaj ma ogromne możliwości rozwoju osobistego, świat stoi przed nią otworem.. Wobec tego życzę, żeby była tego świadoma i skorzystała z tej szansy. Jestem dowodem na to, że jeśli czegoś się bardzo chce i ciężko pracuje, w końcu się cel osiąga. Na przykład nie rozumiem, dlaczego niektórych trzeba zmuszać do nauki języka angielskiego - przecież to język światowy, używany wszędzie i bardzo przydatny. Wiedza jest dzisiaj kapitałem, dlatego trzeba jej chłonąć jak najwięcej. Młodzież jest wspaniała, musi tylko uwierzyć w siebie i skorzystać z otrzymanej szansy rozwoju. 

Wywiad przeprowadzili uczniowie klasy III G:

Anna Pakuła i Marcin Przybylik, absolwenci 2017