free website builder

Rozmowa z panią Eulalią Misiurą – absolwentką i nauczycielem języka polskiego w latach 1991 – 2006

Kiedy zdecydowała Pani, że zostanie nauczycielem języka polskiego?
Eulalia Misiura: „Siłaczką być!” – jak to łatwo powiedzieć! Nauczycielką chciałam być od „zawsze” czyli od kiedy poszłam do Szkoły Podstawowej nr 5 im. Marii Konopnickiej. Wróciwszy trzeciego dnia od rozpoczęcia nauki oznajmiłam mamie, że będę „panią od polskiego”. Tej zapowiedzi nikt (oprócz mnie) nie traktował poważnie, gdyż – jak wiadomo – w tym wieku plany szybko się zmieniają dzieciom. W moim przypadku tak się nie stało. Może dzięki temu, że miałam wspaniałą wychowawczynię, polonistkę, oczywiście. P. Janinę Kusz, którą chciałam naśladować. Była niezwykłą osobą, życzliwą, opiekującą się dzieciakami, które nie zawsze były takimi miluśkimi aniołkami.
Dlaczego wybrała Pani naukę w II LO w Chełmie?
Po szkole podstawowej było II LO, jak wtedy mówiono, „na Wygonie”. Trafiłam tam trochę przez przypadek, a trochę z buntu przeciwko elitarnemu wtedy I LO, którego uczniowie „zadzierali nosa” i popisywali się możliwościami swoich rodziców. Ja takich „ustawionych” rodziców nie miałam, więc wybrałam się do bardziej demokratycznej szkoły. I na ogół nie żałowałam swojej decyzji, choć bywały momenty, gdy nie chciałam za żadne skarby iść na lekcje.
Czy to znaczy, że były przedmioty, których Pani nie lubiła?

Chemia była moją pietą Achillesową, choć obecnie przy rozwiązywaniu krzyżówek zwłaszcza „jolek,” ze zdumieniem odkrywam, jak wiele z tej chemii pamiętam. Jeszcze nieszczęsna matematyka z p. Celiną Jarmuszyńską. Ta kobieta w ciągu 45 minut potrafiła przepytać całą 32-osobową klasę, po dwa razy, stawiając po dwie dwójki każdemu, komentując nasze matematyczne umiejętności. Dodać należy, że byłam w klasie humanistycznej, co może tłumaczyć nasz brak talentów w sferze nauk ścisłych, choć w klasie byli też uczniowie nimi obdarzeni.

Lubiłam język rosyjski, może dlatego, że dzięki wymagającej nauczycielce z „podstawówki” posługiwałam się nim swobodnie. Na jednej z pierwszych lekcji języka rosyjskiego udało mi się nawet zadziwić nauczyciela. Pan Kazimierz Kryśko stwierdził, że nie zdarzyło mu się postawić uczniowi z pierwszej klasy LO oceny bardzo dobrej, ale w moim przypadku czyni to z wielką przyjemnością. Od tej pory byłam posiadaczką swojego zeszytu do języka rosyjskiego tylko wtedy, gdy odrabiałam lekcje, potem zeszyt wędrował po klasie stając się publiczną własnością (na szczęście, chwilową, po czym wracał do właścicielki). Pan Kryśko lubił nas prowokować wybierając do odmiany (koniugacji lub deklinacji) słowa wywołujące śmiech, poprzez brzmieniowe skojarzenie z wyrazami polskimi np. запереть (я заперла, ты запер… ha, ha, ha i do kata albo za wiszącą na stojaku mapę). 

A jakich nauczycieli wspomina pani z rozrzewnieniem?

Pana Mariana Młodzianowskiego. Taki starszy, dobroduszny pan, który - gdy częstowałam go cukierkami z okazji moich 18. urodzin – pogratulował mi pełnoletniości i powiedział: „No, to teraz możesz już brać ślub bez zezwolenia magistratu”. Jego lekcje, kiedy stopniował napięcie w klasie, zanim jakiegoś nieszczęśnika wyrwał do odpowiedzi, pozostaną mi w pamięci na długo. Jak również komentarz po obejrzeniu zeszytu z kolorowo podkreślonymi tematami i ważniejszymi kwestiami: „Bardzo dobrze, bardzo dobrze, zeszyt tak prowadzony podnosi ocenę! Bardzo dobrze – trzy z dwoma (tj. 3=). To pod jego przewodnictwem odbyliśmy dość długą wycieczkę zakolami Bugu (start: Uhrusk przystanek, meta – Bytyń) zakończoną taplaniem się w rzece i …recytacją „Ody do młodości”, którą wymusił na swojej humanistycznej klasie nasz wychowawca p. Antoni Hempel.

Czy jako uczennica grała Pani w sztukach teatralnych w szkole?
Oczywiście. To właśnie pan Antoni Hempel. Licealny reżyser, wymyślił, że będziemy w naszym kółku polonistycznym (zajęcia pozalekcyjne) wystawiać dla II LO i dla innych szkół – sztuki teatralne. I była „Balladyna”, i „Śluby panieńskie” i „Zemsta” i „Dziady” cz. II, i „Moralność pani Dulskiej”. Kostiumy do tych spektakli wypożyczaliśmy w CHDK-u i realizowaliśmy się aktorsko, raz lepiej, raz gorzej. Kiedyś doświadczyłam „odprysku” tej sławy, kiedy jeden z oglądających naszą „Moralność pani Dulskiej” chłopak z „machajów” (Technikum Mechanicznego) skomentował: „Ta Dulska to niezła wiedźma”, „ Chyba nikt za nią nie przepada”. (Nie muszę chyba dodawać, że Dulską grałam ja).
Proszę powiedzieć, czy uczniowie wówczas czytali lektury?
Ja zawsze lubiłam czytać, nawet lektury szkolne, choć zwykle samo słowo „lektura” zniechęca do sięgania po książkę, która z całą pewnością jest wartościowa i może bez tej etykietki cieszyłaby się większą popularnością. Nie mam ulubionego typu literatury, lubię kryminały (Handlera, Folleta, Higginsa, tera Cusslera, Gerrittsen, Maryniny), powieści przygodowe, obyczajowe (Nurowska, Gargaś), nie pogardzę dowcipną „młodzieżówką” (Chmielewska. Rudnicka) czy fantastyką. Czasem opowiadałam na lekcjach jakąś ciekawostkę czy fragment ostatnio czytanej książki i sugerowałam, że dobrze by było po nią sięgnąć. I niektórzy uczniowie (raczej humanistyczne dusze) to robili! Za moich szkolnych czasów wszyscy czytaliśmy lektury. Potem, gdy zamieniłam „punkt siedzenia” (czyli zostałam nauczycielką w II LO) pojawiły się „bryki” i coraz częściej słyszało się pytanie :„a jest to może na kasecie, filmie itp.?” Słowo pisane ustąpiło miejsca „migającym obrazkom” na ekranie i streszczeniom. Ot, lektura w pigułce.
Zazwyczaj nauczyciele języka polskiego przygotowują część artystyczną z okazji różnych uroczystości. Proszę o tym opowiedzieć.

Do nauczyciela – polonisty, niejako z urzędu, przypisana jest organizacja różnych imprez artystycznych (tak jak do wuefisty – zawody). Przygotowanie ich pochłania wiele czasu i energii. Nie lubiłam gotowych scenariuszy, więc najczęściej sama wyszukiwałam odpowiednie teksty, a potem nakłaniałam uczniów do ich prezentacji. Starałam się tak dobierać „materiały repertuarowe”, by podobały się uczniom i odpowiadały ich możliwościom bądź charakterowi. Pamiętam, jak po jednej takiej akademii z okazji Święta Niepodległości p. Zosia Walczuk powiedziała: „Wiesz, jak Sylwia K. wyrecytowała ten tekst miałam łzy w oczach i ciarki na plecach. Jak ty to zrobiłaś, że klasą, która się nigdy nie udzielała, zechciała zorganizować tę uroczystość?” 

A potem, w Roku Mickiewiczowskim, wspólnie ze Stefanem Magdziarzem, rozpoczęliśmy (z inicjatywy dyrektora Marka Sikory) organizować Prezentacje Artystyczne Młodzieży II LO na scenie gościnnie udostępnianej przez Chełmski Dom Kultury. Zmieniała się potem formuła tych występów, ale nasza młodzież miała okazję publicznie pokazać …profesjonalne umiejętności wokalne, muzyczne, taneczne, plastyczne przed swoimi bliskimi i zaproszonymi gośćmi. To, co zaczęło się jako jednorazowy „incydent”, w tym roku odbyło się już po raz dziewiętnasty!!!

Była Pani również wychowawcą. Czy lubiła Pani tę pracę?
Nauczyciel, taki z prawdziwego zdarzenia, a nie z konieczności, nie ogranicza się tylko do wykładania swojego przedmiotu, ale jest także wychowawcą młodego pokolenia. Coraz młodszego, w miarę jak rośnie jego staż pracy. Zaraz po studiach, kiedy różnica wiekowa między nim a młodzieżą nie jest tak duża, może szybciej się z nimi porozumieć, zwłaszcza w zakresie nowych technologii, które dla starego „belfra” to „tabula rasa”. Ma jednak na pewno więcej doświadczenia życiowego i pedagogicznego i może szybciej dotrzeć do sedna problemu, jeśli takowy się pojawi, i mu zaradzić. Czasem jest więcej problemów z rodzicami niż z ich pociechami. Matki próbują usprawiedliwiać swoje dzieci, doszukując się źródła problemu wszędzie, tylko nie w ich niewłaściwym postępowaniu. Wychowawca to ktoś nie tylko rozliczający z nieobecności na lekcjach czy niewłaściwej postawy, ale osoba znająca mocne i słabe strony ucznia, pomagająca mu dostrzec różne możliwości, ale nie dostarcza mu gotowych rozwiązań. Te uczeń powinien znaleźć sam. Tak, jak dobry nauczyciel nie chce nauczyć ucznia wszystkiego, co sam wie, ale wskazuje mu drogę do samodzielnego zdobycia tej wiedzy, tak dobry wychowawca stara się pokazać wychowankom rafy i mielizny, jakie czają się w nurcie rzeki zwanej dorosłym życiem w społeczeństwie.
Czy sprawy szkolne „przynosiła” pani do domu, czy udawało się je zostawićdo następnego dnia?
Człowiek, dla swojego komfortu psychicznego, sprawy zawodowe powinien zostawiać w pracy. Jednak są takie zawody, gdzie nie zawsze jest to możliwe. Do takich profesji zaliczyłabym nauczycielstwo. Problemy uczniów towarzyszą nauczycielowi nawet, gdy już skończy pracę i wyjdzie ze szkoły. Zastanawia się nad możliwymi rozwiązaniami także w domu. To samo dotyczy przygotowania się do lekcji w kolejnym dniu czy organizowanie jakichś szkolnych imprez. Różne pomysły i koncepcje artystyczne mają czas i miejsce nie w czasie lekcji, ale najczęściej już po ich zakończeniu. To samo odnosi się do uczniów. Są tacy, którzy wymagają więcej troski i tacy, którzy na pozór jej nie potrzebują. Jednak dobry nauczyciel, wychowawca dostrzeże je, te wszystkie niepokojące sygnały i postara się właściwie zareagować. A potem, po latach, podczas przypadkowego spotkania można usłyszeć: „Sorko, dzięki pani poszedłem na studia i uczę języka polskiego”. Albo: „Sorko, ten Herbert to jednak mądre te wiersze pisał, choć w szkole nic z nich nie rozumiałem”. Albo też największy komplement: „Sorko, dla mnie szkoła to wyłącznie sorka! Dzięki za cierpliwość przy tych moich wyskokach”. Bo trzeba wiedzieć, że najbardziej pamięta się tych wzorowych uczniów, albo…tych najbardziej zbuntowanych i sprawiających kłopoty. To oni są wyzwaniem i dla nich chce się iść każdego dnia do szkoły.
Czy, patrząc z perspektywy czasu, wybrałaby Pani jeszcze raz zawód nauczyciela języka polskiego?
TAK! TAK! TAK! Trzy razy tak! To mój wymarzony zawód i miałam szczęście go wykonywać 29 lat. Współczuję ludziom, którzy nie wiedzą, jakie studia wybrać, jaki zawód chcą w przyszłości wykonywać. Najczęściej chcą mieć taki, który nie wymaga wysiłku i wiąże się z dużą „kasą”. To nie jest recepta na dobre życie. Ja miałam to szczęście, że trafiłam na mądrych ludzi, którzy sprawili, że chciałam iść tą drogą, co oni. Moi wychowawcy – poloniści: pani Janina Kusz i pan Antoni Hempel to takie ludzkie drogowskazy na mojej zawodowej drodze.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmowę przeprowadziła Bożena Czupryńska