easy web creator

Marian Mariusz Tomaszewski

1965 - 2010

nauczyciel matematyki w latach 1992 - 2010

Wspomnienie

Od naszej matury minie w przyszłym roku dwadzieścia lat. Niewiarygodne, jak szybko te w latach 1992-2010 wicedyrektor szkoły w latach 2007-2009 lata zleciały...Czasy licealne wspominamy z łezką w oku (popłakałyśmy się, oglądając nasz album absolwentów z 1999 roku), a to dlatego, że miałyśmy szczęście być we wspaniałej klasie, której wychowawcą był Mariusz Tomaszewski. Cudowny człowiek, genialny wychowawca i przyjaciel. Tak, przyjaciel...

Kiedy zaczęłyśmy wspominać Sora, okazało się, że zapisał się w naszej pamięci jako przyjaciel właśnie. Zawsze stawał bowiem po naszej stronie, nawet wtedy, kiedy jako klasa coś przeskrobaliśmy. Miał o nas jak najlepsze zdanie, bronił nas i nigdy nie chciał wierzyć w negatywne opinie. Byliśmy jego pierwszą klasą i to na nas uczył się, jak młodzież wychowywać. Z całkiem fajnym skutkiem. Mieliśmy w nim sojusznika, przyjaciela, ale nie kumpla. Tej granicy nigdy nie przekroczył, a my jej przesuwać nie próbowaliśmy.

Zawsze mogliśmy liczyć na jego wsparcie i pomoc – wtedy, gdy trzeba było z dużą dozą wyobraźni przyozdobić workami na śmieci salę na studniówkę, gdy potrzebny był w szkolnym przedstawieniu. Bodajże w trzeciej klasie poprosiliśmy go bowiem o wzięcie udziału – jako aktora – w przedstawieniu z okazji Dnia Kobiet, jakie całą klasą wystawialiśmy. Sor Tomaszewski odgrywał rolę jednego z tancerzy w scenie o Marilyn Monroe – tańczył razem z chłopakami i koleżanką z naszej klasy. Efekt – niezapomniany!

Pamiętamy też dobrze, jak łatwo godził się na przeniesienie sprawdzianu na inny termin, kiedy przedstawiliśmy ku temu właściwe argumenty. Gdy zaś trzeba było stanąć w obronie klasy przeciwko najgroźniejszej w szkole nauczycielce biologii, walczył o nas jak lew.

Dzielnie stawiał czoła wyzwaniom, jakie czyhały na niego jako wychowawcę, także na wycieczkach klasowych. Buntująca się młodzież, jaką wtedy byliśmy, szczególnie na wycieczkach potrafiła dać w kość. Poświęcił nam dużo czasu, włożył wiele serca w to, żeby nas wychować. Nie było łatwo, ale Sor się nie poddawał i wspierał nas. Nigdy nie bagatelizował naszych problemów, zawsze do końca wysłuchiwał tego, co mamy do powiedzenia, służył radą i pomocą. Był to człowiek stworzony do pracy z młodzieżą.

Jako matematyk cierpliwie objaśniał nam po raz kolejny meandry całkowania i ciągów, jednak patrząc na nasze nieskalane zrozumieniem oblicza, raz za razem wznosił wzrok ku niebiosom, uderzał głową w drzwi, pytając, dlaczego my tego nie rozumiemy. Miał swoje powiedzonka, jak na przykład: „Jak to? Żeby tak nie przyjść po szkole do domu, nie wziąć zbioru zadań do ręki i nie porozwiązywać ich sobie?”. A matmę tłumaczył jak nikt. Był świetnym nauczycielem; był to matematyk – pasjonat, całkowicie oddany swojej pracy.

Utkwiły nam w pamięci takie codzienne zwyczaje Sora, jak na przykład fakt, iż niemalże zawsze nosił materiałowe spodnie prasowane w kancik. I podciągał te spodnie po bokach. W tego rodzaju spodniach i pantoflach wybrał się z nami na wycieczkę w góry – całą klasą zachodziliśmy w głowę, jakim cudem radzi sobie w tym stroju na górskich ścieżkach, bo pomykał po nich na równo z nami niczym górska kozica. My w traperach, on w pantoflach. A tempo miał często lepsze od nas!

Kiedy siadał, zawsze zakładał nogę na nogę. Zawsze też przeczesywał te swoje niesforne włosy dłonią, a gdy nie miał jak tego zrobić, bo na przykład był akurat cały w kredzie, dmuchał na grzywkę, żeby mu nie spadała na oczy.

Zwracałyśmy na takie gesty uwagę, bo w naszych czasach był to jeden z najprzystojniejszych nauczycieli w szkole i niejednej z nas wpadł w oko. Urok Sora działał także na nasze mamy, co często ratowało nas z opałów, gdy wracając z wywiadówek z westchnieniem o nim opowiadały, nie skupiając się już tak bardzo na meritum tych spotkań, czyli naszych wynikach w nauce.

Tak Sora Tomaszewskiego zapamiętałyśmy i będziemy zawsze pamiętać. Dziś większość z nas rozjechała się po Polsce i świecie i bardzo żałujemy, że przyjeżdżając do Chełma, choćby przy okazji takich zjazdów jak ten, nie mamy już możliwości, żeby z nim się spotkać i opowiedzieć, co u nas słychać. Dziękujemy za wszystko w imieniu naszym i całej naszej klasy. Trudno nam się pogodzić z tym, ze nigdy się już z Sorem nie spotkamy.

Dziękujemy, pamiętamy, tęsknimy...


Katarzyna Fałkowska (Mazur)

Sylwia Rodziewicz (Nowak)

Anna Cichosz (Masłowska)

absolwentki 1999, klasa IVC


Tekst wspomnienia z publikacji „IV Zjazd Absolwentów i Nauczycieli II Liceum Ogólnokształcącego im. gen. Gustawa Orlicz – Dreszera”,Chełm 8 - 9 czerwca 2018 r.